Przepis na sterroryzowanie samolotu

Przepis na sterroryzowanie samolotu
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Z przerażeniem stwierdzam, że mimo rozmaitych procedur bezpieczeństwa, jakie porty oraz linie lotnicze wdrożyły, mimo rozmaitych zakazów i wymogów nadal bez trudu można wnieść na pokład zakazane narzędzia.

Trzeba tylko pamiętać o zabraniu ze sobą również babci.

Pakujemy bagaż podręczny

Spakowani ruszamy w podróż życia Babci. Każdy z nas ma mały bagaż podręczny na kółkach. Przed spakowaniem upewniłam się, że bagaże mają odpowiedni wymiar.

Zgodnie z regulaminem linii lotniczych Ryanair dozwolona jest tylko jedna sztuka bagażu podręcznego na każdego dorosłego, o wadze nie większej niż 10 kg i wymiarach 55 cm x 40 cm x 20 cm. Torebki, teczki, komputery przenośne, zakupione produkty, aparaty itp. mogą być przewożone tylko w dozwolonej 1 sztuce bagażu podręcznego.

Linie lotnicze straszą pasażerów, że dodatkowy/przeciążony bagaż podręczny nie będzie akceptowany przy wejściu do samolotu, z wyjątkiem sytuacji, w której możliwe będzie umieszczenie takiego bagażu w luku ładunkowym samolotu za dodatkową opłatą 285PLN/€60 (to w przypadku Ryanaira).

Zdarzyło mi się kiedyś dopłacić takie frycowe w brytyjskich, bardzo skrupulatnych liniach lotniczych. Zapewniam – nic przyjemnego.

Upewniwszy się, że nie mamy zakazanych materiałów wybuchowych, pałek do baseballa, maczet ani noży, zaś na zastrzyki i leki Babci mamy odpowiednie zaświadczenia, zapinamy walizeczki i ruszamy ku przygodzie.

Jestem nie mniej podekscytowana niż Babcia.

Na lotnisku

Docieramy do Modlina, zostawiamy samochód na parkingu. Obowiązkowa fotka Babci z napisem arrival/departure. Niech ma! 😉

Z ulgą odnotowuję, że Babcia jest całkiem spokojna jak na pierwszy lot w życiu. Zgodnie z zaleceniami lekarza powinna teraz wziąć zastrzyk na rozrzedzenie krwi, więc udajemy się do łazienki.

W łazience Babcia wyciąga z torebki kosmetyczkę i kładzie ją na umywalkę. Wyjmuje z niej różne przybory, m.in. mały biały ręczniczek.

– Babciu teraz w toaletach są ręczniki papierowe albo dmuchawy. Zobacz! … Zresztą nieważne, masz rację – nie ma to jak swój 😉

Nie zważając na moje zbyteczne komentarze Babcia nadal opróżnia kosmetyczkę. Po chwili na ręczniczku znajduje się kolejno insulina strzykawka, igła…., metalowy pilnik, nożyczki.

– O Jezu! Babciu! Dlaczego zabrałaś pilnik i nożyczki?

– No jak to? Pilniczek jest do paznokci, a nożyczki wiadomo – musimy czymś otworzyć opakowanie z zastrzykiem.

Zupełnie nieistotne, że opakowanie jest tak zaprojektowane, że otwiera się poprzez odchylenie i pociągnięcie folii. Babcia najwyraźniej wyznaje zasadę, że przezorny ubezpieczony.

– Babciu, a kojarzysz jak studiowałyśmy regulamin Ryanaira? Zabronione jest wnoszenie na pokład wszelkich narzędzi ostrych. Żebyś mogła wejść na pokład ze strzykawkami i igłami organizowałyśmy specjalne zaświadczenie od lekarza.

– Pamiętam, ale my przecież nie mamy zamiaru zrobić nikomu krzywdy tymi nożyczkami.

Logika Babci jest nie do podważenia. Obawiam się jednak, że pracownik prześwietlający nasz bagaż jej nie kupi.

– No cóż Babciu. Weźmiemy ten pilnik i nożyczki, zawinę je w chusteczki (jak by to miało coś zmienić), ale jak je znajdą to licz się z tym, że nam je po prostu zabiorą i wyrzucą.

– A to dranie! – burknęła pod nosem Babcia.

Procedury bezpieczeństwa to ważna sprawa

Idziemy do odprawy. Teraz dostrzegam u Babci lekkie podenerwowanie. Nasza kolej.

– Proszę ściągnąć buty, paski, zegarki. Bagaż na taśmę i przechodzimy tędy.

Posłusznie wykonujemy polecenia.

– Coś ostrego w bagażu jest?

Kiwam bezczelnie głową, że raczej nie.

W tym momencie Babcia konspiracyjnie szepcze mi do ucha.

– Ola, a czy nie powinnyśmy mu teraz powiedzieć o tych nożyczkach…?

Chwila konsternacji. Na szczęście tylko mojej, bo pan najwyraźniej nie dosłyszał wątpliwości Babci.

Dyskretnie kiwam przecząco głową i urywając szybko temat delikatnie przesuwam Babcię do przodu przez bramkę.

W swojej zapobiegliwości pan kazał nam wyskoczyć z butów i obmacał nas od góry do dołu, zadziwiając tym samym Babcię swoją poufałością. Widząc jej minę, zapewnił, że takie są właśnie procedury bezpieczeństwa i no musi przecież sprawdzić, bo w takiej kieszeni można mieć nóż czy nożyczki. Po tym wszystkim bez mrugnięcia okiem przepuścił nas dalej.

Nie zapytał ani o igły, czy leki. Nie wymagał żadnego zaświadczenia, ani w języku polskim, ani żadnym innym.

A tak się pięknie przygotowałam.

Jego podejrzeń nie wzbudził także ani pilniczek, ani nożyczki (pow. dozwolonych 6 cm.

A więc tak właśnie można sterroryzować samolot.. Jedyne co potrzebujesz, to babci, która uśpi czujność obsługi.

Orzeszki w puszcze

Zasada jest taka, że to co się kupuje w sklepie bezcłowym można bez ograniczeń wnieść na pokład. Żeby w czasie lotu móc się czymś zająć, po odprawie kupiłam słone orzeszki w puszce.

Mniej więcej gdzieś na wysokości Niemiec, nieumiejętnie otworzyłam metalową puszkę i skaleczyłam palec. Ponieważ krew ściekała mi po rękach, sięgnęłam do torebki po chusteczkę higieniczną i dotarłam do … pilnika i nożyczek.

Nachodzi mnie niepokojąca refleksja.

Przed chwilą wniosłam na pokład co najmniej 3 ostre, zakazane narzędzia, którymi z łatwością można skrzywdzić drugiego człowieka. Nie tylko nikt nie zadał sobie trudu żeby o nie zagadnąć, ale mam wręcz podejrzenie, że nie zostały zauważone. A teraz jeszcze ta metalowa puszka. Przychodzi mi na myśl sto sposobów, do czego terrorysta mógłby użyć takiej ostrej puszki.

Po co oni konstruują te wszystkie wyśrubowane procedury bezpieczeństwa, a potem udają, że ich przestrzegają?

Bez najmniejszego wysiłku można je ominąć. Skoro ja to wiem, wie już Babcia, to wiedzą i „oni”!

Nerwowo rozglądam się dookoła, czy obok nie siedzi nikt w turbanie lub inny podejrzany, który dziurawe procedury bezpieczeństwa mógłby celowo wykorzystać.

Chcąc odciągnąć swoje myśli od tych przerażających wniosków, skupiłam się na przewodniku po Rzymie, zjadaniu orzeszków i fotografowaniu Babci w każdej pozycji (Babcia z chmurką, Babcia na fotelu, Babcia z kawałkiem samolotowego skrzydła). W końcu Babcia odmówiła pozowania, zjedliśmy orzeszki i nadszedł czas lądowania.

Epilog

Na koniec niezwiązany z tematem włoski akcent.

Wylądowaliśmy na lotnisku Ciampino o 22.45.

Kierowca, który miał po nas przyjechać niestety się nie zjawiał. Minęło dobre 20 minut, w czasie których podchodziliśmy do różnych osób trzymających rozmaite kartki z nazwiskami pasażerów. Niestety jednak żadne nazwisko nie było nasze. Pasażerów z naszego lotu ubywało coraz więcej, albo sami pojechali, albo doczekali się już swojego „odbiorcy”.

W końcu zdesperowana pochodzę do opalonego faceta, który trzyma kartkę w wielkim napisem: A L E X I S !!!

Co mi w końcu szkodzi…

I co się okazuje?

about author

admin

related articles