Pierwsze narty, czyli jak przygotować 4-latka na stok narciarski

Pierwsze narty, czyli jak przygotować 4-latka na stok narciarski
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Jak przekonać 4-latka, że ciężkie kajdany – tj. buty narciarskie – na jego rachitycznych nóżkach, 2 dechy przypięte na stałe do tych butów i twardy kask na głowie to sama przyjemność?

Z trudem, ale wygląda na to, że jakoś mi poszło.

Od kiedy po raz pierwszy stanęłam pewnie na własnych nartach wyobrażałam sobie, że jak już wydam na świat jakąś małą kreaturkę, to moją powinnością będzie zaszczepić w niej miłość do tego sportu. Przyświecały mi dwa cele takiego postanowienia. Po pierwsze, skoro narciarstwo to takie przyjemne doznanie – niech tej frajdy skosztuje także moja pociecha. Trudno, że przez pierwsze 18 lat na mój rachunek.

Drugi cel – zdecydowanie ważniejszy – niech pociecha szusuje, i to sprawnie, bo dzięki temu ja – jako jej matka – nie będę musiała z tej przyjemności rezygnować.

Tak więc plan gry miałam ułożony w głowie od lat.

W tym sezonie doczekałam się wreszcie chwili, w której mój starszy przekroczył magiczną czwórkę i mentalnie oraz fizycznie dojrzał do wielkiej próby.

Próba miała dowieść, czy na ten marcowy tydzień, w którym zaplanowałam swoje szusy, dziecko kwalifikuje się do „rodziny zastępczej” (tak jak jego młodsze rodzeństwo), czy też dorosło do tego, żeby pojechać z nami i zasmakować tego sportu.

Modliłam się jedynie, żeby nie wymiękł, kiedy włożę mu na nóżki te ciężkie kajdany. Najgorsze będzie, gdy zrazi się na samym początku. Ponieważ jest uparty jak mały osiołek, raczej wątpliwe bym otrzymała drugą szansę.

Strategię więc dobrze przemyślałam.

Wybór sprzętu

Najpierw zadbałam o odpowiednie narty, a raczej nartki. Nie za długie – na początek 80-tki – będą w sam raz.

Czuję, że będzie zgrzyt, bo z akceptowalnych są tylko takie w zielone krowy.

Mamo ja chcę te z czerwonym pająkiem!

Wiem synu, że biorąc pod uwagę twój paskudny charakter, te z pająkiem byłyby o wiele bardziej odpowiednie, ale widzisz … one są za długie o jakieś 10 cm i będziesz się wywracał. No a teraz spójrz na te. Krówka ma takie fajne łatki i na dodatek daje mleko, które tak bardzo lubisz. A taki pająk to co? Ble… jak sam zapewne wiesz, za każdym razem, kiedy widzę podobnego pająka u nas w domu krzyczę z przerażenia (i obrzydzenia).

Pokrętne argumenty jakoś poskutkowały. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Po kwadransie ustaliliśmy, że zielone krowy od biedy ujdą.

Teraz czas na kask!

Masz przymierz ten.

Mamo, ale ja nie chcę kasku!

Dziecko musisz mieć kask!

Art. 29 ustawy o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach mówi, że osoba uprawiająca narciarstwo zjazdowe lub snowboarding na zorganizowanym terenie narciarskim, do ukończenia 16 roku życia, obowiązana jest używać w czasie jazdy kasku ochronnego konstrukcyjnie do tego przeznaczonego!

Z kolei zgodnie z art. 45 ust. 2 tej samej ustawy, to ja za ciebie beknę, bo jako twój opiekun prawny dostanę grzywnę.

Widzę po zdezorientowanej minie mojego dziecka, że nie czai o co mi chodzi z tą „grzywką”.

Coś mi podpowiada, że należy wdrożyć system analogiczny, jak do nart.

Jednocześnie kątem oka widzę mega przecenę kasków z „quasi” potworkiem i już się cieszę na samą myśl, że jest szansa żeby wydać na kask nie 200 zł, ale 80.

A co powiesz na kask z potworkiem? Może poszukamy ci jakiegoś potworka? Rzucam jak gdyby od niechcenia.

Mamo, a czy na widok potworka nie będziesz krzyczeć?

No pięknie, wpadłam we własne sidła!

Nie, bo to będzie taki miły, uśmiechnięty potworek. Ale numer! Tu mam takiego! Zobacz podoba ci się?

Podoba. Mamo, to teraz poszukajmy nart z uśmiechniętym, miłym pajączkiem.

***

Kilka dni później, krocząc podobnie wyboistą drogą przeszliśmy jeszcze przez spodnie, kurtkę, rękawiczki, kominiarkę, no i buty narciarskie. Z tych ostatnich jesteśmy najmniej zadowoleni, bo są po prostu czarne, bez żadnego wzoru. Gorzej byłoby tylko gdyby były w kolorze różowym.

W końcu przyszedł czas na rozważenie kwestii bezpieczeństwa – tj. „smyczy„.

Od jakiegoś czasu podpatruję na stoku innych rodziców i widziałam takich, którzy w celu większej kontroli nad podopiecznym wiążą je na sznurku i puszczając przodem, pociągają za te sznurki, niczym za końskie lejce. Uwielbiam jazdę konną, więc pomysł brzmiał niby dobrze.

Nie jestem jednak zwolennikiem takiego rozwiązania, od czasu, gdy o mało mnie to nie zabiło. Okazuje się, że taka hybryda na stoku składająca się z dwóch niepewnie poruszających się narciarzy, w dodatku połączona smyczą, może się okazać poważnym zagrożeniem dla samego dziecka, jak i innych zjeżdżających.

Kiedyś, nie podejrzewając takiego spisku, miałam zamiar ominąć jednego narciarza i już go prawie mijałam, kiedy tuż przede mną pojawił, wcześniej zupełnie niewidoczny, sznurek ustawiony poprzecznie, a na jego końcu wisiał drugi narciarz. I bynajmniej nie było to dziecko, ale dorosła kobieta, którą mąż sterował za pomocą tychże lejców!

Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że taki układ w niektórych związkach może się sprawdza, ale na stoku jest do kitu. O mały włos nie doszło do poważnego wypadku z udziałem całej naszej trojki.

Mając to w pamięci, pomysł z lejcami odrzuciłam z miejsca. Zamiast tego, na kilka tygodni przed wyjazdem w góry zafundowałam memu dziecku kilka lekcji z instruktorem na przydomowej górce z igielitu. Ku mej radości lekcje te się nad wyraz spodobały. Moje dziecko okazało się narciarskim szatanem.

Nie przeszkadzały mu kajdany na nogach, zimny śnieg, który normalnie jest problemem, kominiarka pod kaskiem, itd. Podobał mu się za to pęd, dlatego też kwestionował wszelkie prośby o hamowanie i skręcanie, co – nie ukrywam – trochę mnie zastanowiło…

about author

admin

related articles