Droga do zawodu prawnika

Droga do zawodu prawnika
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

czyli lata nauki i pracy, podczas których też da się żyć.

Studia prawnicze to dopiero pierwszy etap zdobywania wiedzy prawniczej. Żeby zostać z radcą prawnym, czy adwokatem potrzeba nieco więcej. Ale chyba warto się trochę poświęcić.

W dniu 28 września 2013 r. odbędą się kolejne egzaminy na aplikacje prawnicze. Im bliżej egzaminów tym większy odnotowuję wzrost maili takich jak ten poniżej.

Napisała do mnie Karolcia:

Droga Prawniku na macierzyńskim,

(…) Co panią skłoniło do studiowania prawa? Czy studia prawnicze są ciężkie? Chętnie bym wybrała ten kierunek, ale nie wiem z czym to się potem wiąże, na czym polega aplikacja i jak wygląda egzamin końcowy. Ile będę musiała się uczyć? Czy da się to godzić z pracą i macierzyństwem? Co należy poświęcić? Jak to było w pani przypadku?

Drogie Karolcie, a więc tak …

Marzenia a studia prawnicze

Dawno, dawno temu, w czasach gdy mieszkałam nad Morzem Bałtyckim miałam piękne marzenia…

Od razu powiem – studiowanie prawa nie było moim marzeniem.

Dziewczynki na ogół planują zostać piosenkarką i ja nie byłam wyjątkiem. W latach 80-tych wraz ze swoją przyjaciółką Alicją wyłam do szczotki A SZĄ PI SĄ LOKI i bardzo chciałam zostać Kylie Minogue.

Ale skoro życie zweryfikowało moje talenty wokalne należało dostosować do nich swoje życiowe plany.

Czy studia prawnicze są trudne?

Wbrew powszechnej opinii studia prawnicze nie są wybitnie ciężkie. W studenckich dzieliłam mieszkanie m.in. z kolegą, który studiował medycynę i muszę przyznać, że miał dużo gorzej od nas – prawników in spe.

Kiedy studiowałam w Poznaniu na UAM studia prawnicze trwały pięć lat. (Teraz można je skrócić do trzech.) Wówczas dopiero co wprowadzono system punktowy, który dziś na uczelniach już jest powszechnie stosowany. Dzięki niemu można w miarę swobodnie decydować o kolejności egzaminów i poszczególnych przedmiotach. Owszem jest lista tych obowiązkowych, bez których danego roku nie zaliczają, ale też funkcjonuje lista fakultatywnych, spośród których można wybierać. W takim systemie generalnie liczy się to, aby w danym roku zdobyć minimalną liczbę punktów.

Z uwagi na mój wieczny pęd do pisania napisanie pracy magisterskiej nie nastręczyło mi żadnych trudności. Egzamin magisterski to, jak każdy tego typu egzamin, raczej formalność, więc nie będę się rozpisywać na jego temat.

Co po studiach?

Wielki znak zapytania. Jeśli ktoś kończy prawo i pochodzi z rodziny prawniczej, pewnie nie ma takiego dylematu i wie co dalej począć ze swoim życiem. Jeśli się nie ma odpowiedniego zaplecza, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy dobrze spożytkował ostatnie lata, bo konkurencja na tym rynku jest spora i będzie jeszcze większa.

Nabór na aplikacje prawnicze

W roku akademickim, w którym kończyłam studia Trybunał Konstytucyjny zakwestionował ważność przepisów korporacyjnych, na podstawie których korporacje prawnicze przeprowadzały dotychczasowe egzaminy wstępne na aplikacje prawnicze. Skutkowało to tym, że w wielu okręgach egzaminy wstępne po prostu się nie odbyły.

Doktor na macierzyńskim

Wobec braku innej opcji, rozważałam pozostanie na uczelni. Tak, tak– miałam być potencjalnie Doktorem na macierzyńskim.

Jednak Katedry Prawa, które mnie interesowały tj. prawa cywilnego lub handlowego dysponowały raptem po jednym miejscu. Tajemnicą poliszynela było to, że miejsca te czekają na konkretne osoby. Żadną z nich nie byłam ja.

Prawo rolne

Katedrą, do której dostał się Prawnik na macierzyńskim była

Katedra …Prawa Rolnego.

Jak się domyślacie byłam wniebowzięta tym „wyborem”.

W międzyczasie dostałam pracę w Warszawie. Zupełnie niezwiązaną z prawem rolnym.

Nie zniechęciło mnie to do zgłębiania tajników prawa rolnego i przez rok ambitnie dojeżdżałam do Poznania na seminaria i wykłady. Otrzymałam nawet potencjalny temat pracy doktoranckiej: Grupa producentów rolnych!

Studiowałam więc temat i przy okazji odwiedzałam w gumowcach polskie pola i wsie w poszukiwaniu sensownego rolnika, który zechciałby ze mną porozmawiać na temat produkcji mięsa w Polsce. To mnie ostatecznie dobiło.

Natychmiast przeszłam na wegetarianizm.

Kolejnym etapem było powiedzenie sobie na głos, że muszę jak najszybciej porzucić pomysł doktoryzowania się w tym kierunku, bowiem specjalizując się w tej dziedzinie nie mam szans na zawodowe spełnienie.

Po pierwszym roku studiów doktoranckich zebrałam się na odwagę i z drżącym głosem zadzwoniłam do mojego profesora.

– Panie Profesorze, wiem, że ostatnio długo się nie odzywałam, ale muszę panu coś wyznać.

– Słucham panią?

– Panie Profesorze, ja nie dam rady z tym mięsem i w ogóle z tym rolnictwem…

Chwila ciszy, a po niej głośny, ale sympatyczny śmiech.

– Wiedziałem! Czekałem tylko kiedy do mnie pani zadzwoni w tej sprawie 😉

W ten sposób uratowałam Katedrę Prawa Rolnego przed beznadzieją mojej potencjalnej pracy doktoranckiej, siebie i profesora przed blamażem i zachowując resztki twarzy, zrezygnowałam z tego przedsięwzięcia zawczasu.

W międzyczasie korporacje prawnicze dostosowały przepisy naborze na aplikacje prawnicze do wymogów Trybunału Konstytucyjnego i ogłosiły terminy naboru. Z racji wykonywanej pracy i styczności z prawem gospodarczym było dla mnie oczywistym, że muszę się zgłosić na aplikację radcowską.

Czy dużo trzeba się uczyć do egzaminu wstępnego na aplikację?

Wiedza wyniesiona ze studiów raczej nie wystarczy. Akurat nauki do tego egzaminu nie zapomnę, bowiem uczyłam się do niego w czasie mojego „miesiąca miodowego”.

Ślub zaplanowany był w czerwcu, a egzaminy wstępne w lipcu, więc nie ma przebacz. Bezpośrednio po weselu, Prawnik – jeszcze wtedy nie – na macierzyńskim pomachał zalotnie do swojego męża kodeksem rodzinnym i powołując się na swoją interpretację jego art. 23 (Małżonkowie są obowiązani do wspólnego pożycia, do wzajemnej pomocy i do współdziałania dla dobra rodziny), zamknął się w pokoju obok wraz ze swoją „naukową” przyjaciółką (inną niż ta od A SZĄ PISĄ LOKI).

Drzwi od wewnątrz zabarykadowałyśmy resztą kodeksów i testów.

Wylazłam stamtąd dopiero po 3 tygodniach.

Świeżo upieczony mąż jakoś to przetrzymał. Można nawet powiedzieć, że dzięki takiej organizacji miesiąca miodowego otrzymał czas żeby ochłonąć po tym, co zrobił.

W każdym razie wysiłek się opłacił.

Organizacja aplikacji

W moich czasach aplikacja radcowska trwała 3,5 roku. Egzamin końcowy wyznaczono po 4 latach od jej rozpoczęcia.

Aplikacja polegała na tym, że w jej trakcie należało uczęszczać na zajęcia teoretyczne raz w tygodniu (czasem w weekendy), a drugi dzień w tygodniu poświęcić na praktyki m.in. w sądach, prokuraturze, organach administracyjnych. Od 2013 roku są już nowe zasady aplikacji. Jeśli chcecie o nich poczytać, to w przystępny sposób jest to opisane tutaj.

Czy można łączyć aplikację z obowiązkami zawodowymi?

To oczywiście zależy od układów w pracy. Na ogół kancelarie prawne, które zatrudniają aplikantów liczą się z ich nieobecnościami i biorą pod uwagę te „niedogodności”. Jednak mówiąc szczerze gdybym sama była pracodawcą nie byłabym zachwycona z takiego systemu nauki.

Prawnik na macierzyńskim w tamtym czasie współpracował już w kancelarią CDZ, w której wspólnicy są na szczęście wyrozumiali 😉

Powiem więcej – niektórzy z nich tu nawet zaglądają! Ha!

Co ja mówiłam?

Bardzo wyrozumiali!

Szczerze mówiąc z zajęciami i praktykami kombinowało się na różne sposoby, ale jak by nie patrzeć ten jeden dzień w tygodniu trzeba się było urwać z kancelarii i odrabiać to wieczorami. W dodatku po drodze były egzaminy cząstkowe, do których też należało się przygotowywać.

Pamiętam, że z zazdrością patrzyłam na swoich kolegów nie-aplikantów, którzy beztrosko planowali sobie jakieś weekendowe atrakcje.

Moje weekendowe wypady na ogół ograniczały się do Izby Radców Prawnych na ul. Żytniej, gdzie odbywały się wykłady, a w ramach atrakcji wybierałam się do księgarni prawniczej po nowy kodeks (też cieszyło) lub studiowałam ustawę do poduszki. Tęskniłam jednak za „normalną” literaturą, która nie rozpoczyna się od wyrazów:Dziennik Ustaw z dnia 20.06.2010, Numer 57, Pozycja 127 lub Artykuł 189 i im podobnych.

Egzamin końcowy i nauka do egzaminu końcowego

Końcowy egzamin trwał trzy dni po 8 godzin dziennie. Każdy znany mi prawnik, który przez to przeszedł, twierdzi, że czas nauki był najgorszym okresem w jego życiu, zaś sam egzamin ocenia jako traumatyczne i bardzo stresujące doświadczenie.

Czy podzielam tę opinię? Nie!

W tamtym czasie byłam już Prawnikiem po pierwszym macierzyńskim. Mając za sobą poród bez znieczulenia 😉 i będąc matką rocznego chłopca, który solidnie dawał do wiwatu, wiedziałam co to trudny okres. Poza tym życie zdążyło już zafundować mi wyzwania (niezwiązane z zawodem), o których bez wątpienia mogłabym powiedzieć, że były traumatyczne. Dlatego, mając to wszystko na uwadze, egzaminu radcowskiego nigdy bym w ten sposób nie określiła.

Rodzaj stresu, który towarzyszył mi podczas dni egzaminu radcowskiego, miałam już okazję przeżywać, parę lat wstecz, kiedy zdawałam na prawo jazdy na motocykl.

Weźcie jednak poprawkę, że każdy kolejny prawnik słysząc jak głoszę podobne herezje, puka się w czoło.

Grunt to dobrze zorganizować sobie naukę

Swój czas przygotowania do egzaminu wspominam wręcz świetnie!

Moi szefowie na szczęście zwolnili mnie na czas nauki z obowiązków służbowych za co naprawdę jestem wdzięczna. Dzieckiem zajmowała się niania, a mąż zajmował się sobą sam. Miałam więc taką możliwość i umiałam się odciąć od reszty mojego świata, co uważam za klucz do sukcesu.

Dla niewtajemniczonych zdradzę, że nauka do końcowego egzaminu prawniczego polega na trzymiesięcznym, codziennym zakuwaniu. W tym celu człowiek / aplikant powinien zrezygnować z wszelkich zajęć pobocznych typu praca zawodowa, typu niańczenie dzieci by od rana do wieczora oddawać się przyjemności, jaką jest nieustanne powtarzanie przepisów prawa, czytanie komentarzy profesorów i teoretyków oraz przyswajaniu orzeczeń sądowych.

Sprzedam wam know-how

Żeby się nie rozpraszać na czas nauki polecam wam opuścić dom. Prawnik na macierzyńskim pakował manatki i na kilka dni jeździł do swojej „naukowej” przyjaciółki, a potem ona na kilka dni przyjeżdżała do mnie. W ten sposób nasze dzieci (i mężowie) miały z nami sporadyczny kontakt, który wszystkim nam musiał wystarczyć. Odpoczywałyśmy od siebie i kodeksów co do zasady w niedzielę. Ta systematyczność się opłaciła. Obie zdałyśmy, choć bez wątpienia dopisało nam też szczęście.

Czas egzaminów

Egzaminy końcowe zorganizowano nam na końcu świata – tj. w Starej Miłosnej pod Warszawą. Aby uniknąć 2-godzinnych dojazdów na czas egzaminów ja i moja „naukowa” przyjaciółka przeprowadziłyśmy się do jej cioci, która tak właśnie mieszkała.

Egzaminy trwały od rana do około 16.00.

Okres pomiędzy godz. 16.00 a dniem następnym porównuję wręcz do sanatorium.

Ciocia „naukowej” przyjaciółki mieszkała w pięknym domu przy lesie, posiadała ogromnego nowofundlanda. Robiła nam pyszne sałatki, które jedliśmy na tarasie, a w tym czasie wujek raczył nas białym winem.

Na odprężenie zabierałyśmy nowofundlanda na spacer do lasu.

Koło 18.00 siadałyśmy z powrotem do powtarzania przepisów i pakowania na kolejny egzamin. W okolicach 24.00 byłyśmy już grzecznie w łóżeczkach i modliłyśmy się w duchu o powodzenie w dniu następnym.

Egzamin końcowy. Tego widoku nigdy nie zapomnę

Na egzaminie końcowym można było mieć swoje ustawy, co oznaczało, że na każdy egzamin jechało się z wielką walizką na kółkach. W dodatku codziennie przepakowywaną, bo na cywilne, karne, administracyjne i gospodarcze – potrzebne były różne przepisy. Podczas moich egzaminów było wręcz nieziemsko upalnie – temperatura stale wynosiła około 30 stopni.

Przed halą kłębił się tłum spoconych prawników z wielkimi walizkami i ciężkimi torbami. Wyglądaliśmy jak przed odlotem do domu z wczasów na upalnych Bermudach. Zdradzały nas tylko blade twarze, garnitury i przestraszone miny.

Tego widoku i tej adrenaliny chyba nigdy nie zapomnę.

W ten oto sposób minął mi czas egzaminów.

Czy warto było męczyć się z tą nauką prawa przez w sumie 10 lat?

Tu nie mam wątpliwości. Lubię swój zawód i cenię swoją pracę. Cenią ją też inni i to jest najważniejsza dla mnie motywacja.

Dlatego gdybym miała jeszcze raz wybierać zawodową ścieżkę, nie zmieniałabym jej.

about author

admin

related articles